| Aktualności | ||||
|---|---|---|---|---|
|
| Polecane Ośrodki górskie | |||||||||
|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|
|
| .:Reklama:. |
|---|
|
|
| Wyprawa na Acopan Tepui |
| 31.03.2010. | ||||||
|
Misterios
W końcu jesteśmy! Poszatkowani przez
moskity, brudni i wymęczeni ale dopięliśmy swego! Po dziesięciu
dniach (w tym dni restowe) pracy nad nową linią z pociętymi
paluchami stanęliśmy w końcu na najwyższym wierzchołku Acopan
Tepui. Długo debatowaliśmy nad nazwą naszej drogi. Wydaje mi
się, że „Mystery” pasuje do niej idealnie. Mówi o tajemnicy
dżungli, Indian oraz wszelkich zjawisk przyrodniczych , których
doświadczyliśmy w ścianie. Trudności drogi oceniliśmy na 7c max,
7b oblig. a jej długość na 18 wyciągów (650m skały + 150m
łatwego terenu). Droga w większości została ubezpieczona w stałe
stanowiska oraz kotwy na wymagających wyciągach . Techniczne
krawądkowe wspinanie w płytach przedzielone masywnymi, siłowymi
okapami pokazały mi jak bardzo realny może być sen wspinacza.
Rejon Tepui to prawdziwy wspinaczkowy raj nad dżunglą, skrzeczącymi
papugami i wydzierającymi się w niej wniebogłosy małpami.
Z maczetą przez dżunglę
No dobrze, na początku było podejście
czyli przedzieranie się przez chaszcze. Wypuściliśmy przed siebie
Leonardo (Indianin), który maczetą przedzierał szlak przez
dżunglę. Nie wiedzieliśmy w którą jej część uderzyć. Nie
szukaliśmy najsłabszego punktu. Wręcz przeciwnie, poszukiwaliśmy
wyzwania w największym jej spiętrzeniu. Naszą uwagę skupiły
masywne okapy w samym sercu Tepui. Od chwili gdy rozpoczęliśmy
wytyczanie drogi zdaliśmy sobie sobie sprawę jak inne jest to
miejsce od tych w których wspinaliśmy się do tej pory. Od samego
początku droga żyła własnym życiem. Na każdym kroku stykaliśmy
się z jej rezydentami. Pierwszy wyciąg stanowił łącznik z
dżunglą, liany na przechodzonym przez nas wyciągu dochodziły aż
do pierwszego stanowiska.
Wściekłe mrówki, szerszenie i
kolibry
Zawisając w powietrzu przyglądały
się nam w zaciekawieniu. Jeszcze nigdy nie widziałem ich na żywo z
tak bliska. Trzeciego wyciągu broniły z kolei stada zamieszkujących
pionową rysę wściekłych mrówek. Dziesiątki ugryzień oraz
rezygnacja z asekuracji na tym odcinku to była cena którą należało
zapłacić za jej klasyczne przejście. Po drodze mieliśmy jeszcze
okazję spotkać się z dwoma gniazdami szerszeni oraz wyraźnie
zdziwionym naszą obecnością w ścianie gekonem. Te wszystkie
spotkania zaskakując nas uświadamiały że trudności drogi to nie
tylko siłowe przechwyty choć i te były syte.
Czyste przejście trudną drogą
Pracę nad drogą podzieliliśmy na dwa
etapy: pierwszy dotrzeć do półki nad okapami. Drugi z półki
(biwak w połowie drogi) dotrzeć na szczyt. Trudności techniczne
drogi okazały się bardzo zróżnicowane. Techniczne płyty
podzielały siłowe okapy, w których napotkaliśmy największe
trudności drogi. Najtrudniejszym miejscem okazał się siłowy,
kilku ruchowy boulder w okapie po którym następował
kilkunastometrowy wytrzymałościowy trawers po jego krawędzi.
Ideą
naszego przejścia było czyste klasyczne przejście. Wytyczając
drogę od dołu nie raz zmuszeni byliśmy korzystać z technik
sztucznych ułatwień oraz nawiercania spitów w jej najtrudniejszych
pozbawionych naturalnej rzeźby odcinkach. Większość drogi to
ciągowe wspinanie w skale o niemal idealnym tarciu i estetyce
ruchów.
Górną, część drogi, ponad półką
biwakową pokonaliśmy w stylu on sight. Odcinek ten ochrzciliśmy
nazwą „sen wspinacza”. Przechodząc go miałem wrażenie jakbym
wspinał się po wzburzonym oceanie. Surfował po załamujących się
falach bijących o brzeg wysoko ponad moją głową o krawędź
ściany! Biwak na półce pozwalał nam w nocy podziwiać płonącą
sawannę. Kilkanaście pożarów rozsianych po horyzoncie wyglądało
jak zaczątek apokalipsy lub też obraz po bitwie.
Złowroga cisza i spokój w bazie
W czasie gdy zespół M&M działał
w ścianie reszta zespołu uczciwie pracowała na dole przygotowując
teren pod prowadzenie. Innym rytmem żyła baza, tu czas płynął
leniwie, a podstawowymi zajęciami był wypoczynek, gotowanie, pranie
i wieczorne oglądanie filmów w trakcie, którego odbywało się
przymusowe odkażanie organizmu. Odbywało się to zgodnie z
regulaminem który tuż po przybyciu do bazy zawisł na ścianie
naszej messy.
Pkt. 5 Regulaminu: Nie drażnić
Ciapka. Odnosił się do naszego ważnego cowieczornego gościa pod
sufitem messy. Małego włochatego zwierzaczka, który pozostałą
część dnia obserwował nas z ukrycia kombinując jak dobrać się
do worów z naszym żarciem. Ilość czających się na nas owadów
i bakterii była porażająca. Stąd przymus odkażana. Dżungla
wokół naszej bazy żyła swoim życiem, lekceważąc wszystkie
okazy cywilizacji które tu przywlekliśmy, czasami odnosiliśmy
wrażenie że wszystko w około chce nas zjeść.
Bez Cheo ani rusz
Coraz częściej odwiedzali nas
Indianie, wpadając niby przy okazji przesiadywali przyglądając się
ciekawie naszym zwyczajom. Nasz Wenezuelski przyjaciel Cheo załatwiał
z nimi świeże dostawy bananów, mięsa. Niestety pizza nigdy do nas
nie dotarła, choć nie raz ją zamawialiśmy…. Cheo okazał się
doskonałym kompanem wyprawy, prawdziwym strzałem w dziesiątkę! W
lot łapał nasz niepowtarzalny polski humor co przy jego pogodnym,
wdzięcznym usposobieniu tworzyło prawdziwie wybuchową mieszankę!
Dzięki niemu również logistyka transportu wyprawy była bliska
ideału. Dowiedzieliśmy się również kilku ciekawych rzeczy o
Indianach. Negocjacje z nimi nie mają sensu, tym bardziej że z
czasem przechwycili wszystkie nasz maczety:) Cheo czuje się
gospodarzem rejonu i dba o ich relacje z wspinaczami. Ma racje w
końcu to ich święte miejsca. Jednych i drugich.
Prezent od Indian
Po powrocie do Junek okazało się, że
miejscowi Indianie przygotowali dla nas niesamowitą niespodziankę.
Gdy tylko dotarła do nich wiadomość o pokonaniu jednej ze ścian
ich Tepui utkali dla nas z koralików bransoletki z nazwą drogi .
To było podziękowanie za poszanowanie ich obyczajów i życzliwą
współpracę z całym plemieniem.
Trudny powrót do domu
Z względu na niski stan rzeki
indiańskie czółenka raz po raz osiadały na kamienistych meandrach
i mieliznach rzeki. Tereny przez które się przebijaliśmy okazały
się niemal całkowicie wyludnione. Dla Indian pojęcie czasu nie
istnieje. Czekając na kolejną spóźnioną ciężarówkę znikąd w
opuszczonej wiosce czuliśmy się niczym postacie jednego z dzieł
Kurosawy. Nic się nie dzieje a wokół wisi nagrzana do temperatury
+44 st. C pustka.
Wyobraźcie sobie kilka słomianych
chat na zakurzonym pustkowiu, w tle Tepui. Klekoczące zadaszenie a
pod nim wiszący hamak. Obok hamaku stoi stół na którego środku
leży Biblia z wetkniętym pomiędzy pożółkłe kartki rodzinnym
zdjęciem.. To są zapewne mieszkańcy tej wioski, ale gdzie on teraz
są? Nagle po raz kolejny zdajemy sobie sprawę, że znajdujemy się
na końcu świata…
Po dwóch dniach dryfując w łodzi
bądź maszerując brzegiem dotarliśmy w końcu do drogi z której
po jakimś czasie odebrała nas umówiona przez radio ciężarówka.
Podziękowania
Dziękujemy Polskiemu Związkowi
Alpinizmu. Również Opatrzności oraz szczęśliwym zbiegom
okoliczności, które umożliwiły wyprawie sprawną działalność
oraz powrót w komplecie do kraju.
Tekst: Marcin Szczotka, Marcin
Tomaszewski, Jarek Woćko, Cheo Garcia
Zdjęcia: Wojciech Wandzel
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 |
||||||
| następny artykuł » |
|---|
|
|









Komentarze (2)







