| Aktualności | ||||
|---|---|---|---|---|
|
| Polecane Ośrodki górskie | |||||||||
|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|
|
| .:Reklama:. |
|---|
|
|
| Dookoła Polski - wyprawa rowerowa |
| 24.02.2010. | ||||
|
Marzenia trzeba spełniać
Wyprawa rowerowa dookoła Polski była
naszym marzeniem od bardzo dawna. Zacząłem o tym myśleć już w
wieku trzynastu lat. Czas mijał, a marzenie czekało, gdzieś w
kolejce, za innymi ważnymi sprawami... W maju 2008 roku, razem z
Mateuszem wybrałem się na rowerach do Pragi. Po tym krótkim
wypadzie szybko poszliśmy za ciosem, i jeszcze tego samego roku
odwiedziliśmy duński Bornholm. Wydarzenia te sprawiły, że myśl o
dużej wyprawie stawała się coraz jaśniejsza i śmielsza. Minęło
kilka tygodni i wreszcie, podczas jednej z rozmów z moją dziewczyną
Asią, doszliśmy do wniosku, że nie ma na co czekać i jeśli
chcemy przejechać rowerami trasę wzdłuż granic Polski, to trzeba
to zrobić w najbliższe wakacje.
Przygotowania
Najważniejszą i niezbędną rzeczą
podczas przygotowań było wygospodarowanie dużej ilości wolnego
czasu w wakacyjne miesiące. Ostatecznie udało nam się przeznaczyć
na wyprawę 30 dni. Stało się jasne, że przejechanie liczącej
blisko 4000 kilometrów trasy nie będzie prostym zadaniem, ponieważ
by tego dokonać, musielibyśmy każdego dnia przejeżdżać około
130 kilometrów wioząc ze sobą dodatkowo po 25 kilogramów
ekwipunku w sakwach. To nas jednak nie zraziło, niemal od razu
zabraliśmy się do pracy nad wytrzymałością i kondycją jeżdżąc
na rowerach jeszcze więcej niż do tej pory. Na dwa miesiące przed
startem wyprawy zafundowaliśmy sobie tygodniowe wojaże po Litwie,
tak by mieć świeże przetarcie przed wyjazdem. Dużo czasu
poświęciliśmy na kompletowanie niezbędnego sprzętu, kładąc
spory nacisk na ekwipunek biwakowy oraz zabranie odpowiedniej odzieży
na trasę. Tutaj pomogli nam bardzo nasi Rodzice oraz takie firmy jak
Szumgum.com, Stoor, Airbike i BIKEstats.pl. Odrębną sprawą było
dokładne zaplanowanie trasy oraz przygotowanie map, tak byśmy mogli
odwiedzić dużo ciekawych miejsc, błądząc przy tym jak najmniej
się da. Zadbaliśmy też o odpowiedni patronat honorowy i medialny,
dzięki czemu mogliśmy wypromować nasz pomysł i podzielić się z
innymi naszą przygodą. Na potrzeby promocji wyprawy została
stworzona przez nas strona internetowa www.dookolapolski.xn.pl.
Wystartowaliśmy
13. lipca 2009 z
Jasienia (woj. lubuskie) - mojej rodzinnej miejscowości. Żegnani
przez naszych rodziców, przyjaciół, a także Panią Burmistrz i
pracowników Urzędu Miejskiego, z uśmiechami na twarzy zaczęliśmy
pokonywać pierwsze kilometry długiej trasy. Na odcinku z Jasienia
do Żar nasz „peleton” w porywach liczył ponad piętnaście
osób, wśród których był nawet sześcioletni Igorek Kawecki z
bratem Wiktorem (niewiele starszym). Pierwsze chwile na trasie były
dla nas szczególne, w głowach przeplatały się setki myśli, to
był dopiero początek, a przed nami jeszcze tak dużo niewiadomych.
Zastanawialiśmy się czy na pewno damy radę. Ale wiedzieliśmy
jedno, wiedzieliśmy że postawiliśmy pierwszy krok na drodze do
realizacji naszego marzenia, w tym momencie już nie było odwrotu.
Mieliśmy wspólny cel, wspólne marzenie i olbrzymią chęć
zrealizowania go.
Góry, góry, góry
W góry wjechaliśmy drugiego dnia
wyprawy. Mocno dał się nam wtedy we znaki ciężki podjazd do
Karpacza Górnego. Kolejne dni to kolejne wyczerpujące wspinaczki na
nowe przełęcze. Na szczęście konsekwentnie pedałując i
rozkładając odpowiednio siły udawało nam się przejeżdżać
niemal każdego dnia dystans przekraczający sto kilometrów, nawet w
dniach, w których łączna różnica pokonanych wzniesień wynosiła
blisko dwa tysiące metrów. Zadziwiająco dzielnie z górami radziła
sobie Asia. Na pewno niebagatelne znaczenie miało dla nas
towarzystwo naszych przyjaciół, którzy przejechali z nami sporo
górskich kilometrów. Monika Kosmala z Dąbrowy Górniczej, Jacek
Paszke z Poznania, Paweł Wiktor z Borowa Wielkiego (woj. lubuskie),
Darek Kawecki z Zabrza, Paweł Banaszkiewicz z Łodzi czy też
Piotrek Sitnik z Jaworzna bardzo motywowali nas do jazdy zwłaszcza w
najtrudniejszych momentach. Niektórzy z nich byli z nami w drodze
nawet przez 900 kilometrów. Oprócz tej szóstki towarzyszyły nam w
górach inne osoby, z którymi pokonywanie kilometrów było
przyjemnością w najczystszej postaci.
Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że
trudność pokonywania długich podjazdów bardzo wzrasta, jeśli
wiezie się ze sobą w sakwach bagaż ważący dwadzieścia pięć
kilogramów. Niejednokrotnie forsując spore wzniesienia
poruszaliśmy się z prędkościami w okolicach sześciu kilometrów
na godzinę. Zdarzało się, że niekiedy podjazdy ciągnęły się
nieprzerwanie przez ponad dwadzieścia kilometrów i zdawały się
nie mieć końca. Wśród najbardziej wymagających przełęczy
wyprawy znalazły się: przełęcz Puchaczówka (864 m n.p.m.),
przełęcz Krowiarki (1010 m n.p.m.), przełęcz Lisia (790 m n.p.m),
przełęcz Spalona (788 m n.p.m.), przełęcz Jaworowa (707 m
n.p.m.), Rozdroże Izerskie (767 m n.p.m.), przełęcz Kowarska(727 m
n.p.m), przełęcz Kubalonka (761 m n.p.m.), przełęcz Koniakowska
(766 m n.p.m.) i przełęcz Wyżna (872 m n.p.m.). Na Puchaczówce w
czasie wjeżdżania pod górę nacisku nie wytrzymał łańcuch w
moim rowerze, pod siłą nacisku pękło jedno z jego ogniw i
przerwał się. Podobna sytuacja powórzyła się na przełęczy
Wyżnej w Bieszczadach.
Wspaniałe widoki
Góry, góry, góry... To nie tylko
wycieńczające podjazdy, to przede wszystkim zapierające dech w
piersiach widoki, to zielone lasy, to szumiące potoki, to wspaniała
natura, którą mogliśmy chłonąć codziennie. Podczas wyprawy
poznaliśmy piękno Karkonoszy, Gór Stołowych, Beskidów, Tatr,
Bieszczad i wielu innych. Jeden dzień poświęciliśmy też na
niemal sto kilometrów jazdy drogami biegnącymi wzdłuż Dunajca i
Popradu. Praktycznie w każdej miejscowości odwiedzaliśmy kościółki
i inne ciekawe budowle. Obserwacja zmieniającego się każdego dnia
otoczenia i architektury oraz poznawanie spotykanych ludzi były dla
nas czymś ekscytującym. To wszystko połączone z bliskością
naszych wspaniałych gór rekompensowało nam wysiłek, który
wkładaliśmy w kręcenie korbami przy zdobywaniu licznych przełęczy.
Chciałbym też dodać, że poza samym pięknem gór z przyjemnością
wspominamy naszą wizytę w Starym Sączu, gdzie spotkaliśmy się z
miejscowymi zapaleńcami dwóch kółek: Karoliną, Arkiem i Markiem,
którzy swoim towarzystwem i pomocą umilili nam dziesiąty dzień
wyprawy. Także pamiętnym jest dla nas dzień, gdy w wielkim upale
pokonywaliśmy odcinek biegnący przez Opolszczyznę. Był on ważny
zwłaszcza dla mnie, ponieważ w tym dniu przejechaliśmy przez
Głuchołazy, w których się urodziłem, a także odwiedziliśmy
moje dwie babcie, które nas ugościły - był to dodatkowy, bardzo
miły akcent naszej wspólnej podróży.
Góry pożegnaliśmy trzynastego dnia
wyprawy. W tym dniu wyjechaliśmy z Ustrzyk Dolnych i po pokonaniu
wzniesień Pogórza Przemyskiego znaleźliśmy się w Przemyślu,
gdzie zostaliśmy wspaniale ugoszczeni przez rodzinę Mateusza.
Właśnie w tym mieście zakończyła się najcięższa część
naszej wyprawy – na licznikach mieliśmy już ponad 1500
przejechanych kilometrów. Kolejne dni miały przynieść nam
odpoczynek na płaskich terenach wschodniej i północnej Polski.
Spotkanie ze wschodem
Zarówno dla Asi, Mateusza, jak i dla
mnie była to praktycznie pierwsza styczność ze wschodnią częścią
naszego kraju. Ta część Polski była dla nas nieco egzotyczna,
chwile tam spędzone pozostawiły w naszej pamięci niezwykle miłe
wspomnienia. Zapamiętaliśmy je, jako kilometry przebyte wśród
pięknych lasów i tysięcy hektarów pól uprawnych. Codziennie
napotykaliśmy na swej drodze mnóstwo pomników, kapliczek i
obelisków upamiętniających wydarzenia związane z losami
miejscowej ludności w czasach Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej.
Niemal w każdej mijanej miejscowości nasz wzrok przyciągały
przepiękne cerkwie. Różnorodność tych budowli wprawiała nas w
zdumienie. Niezależnie od tego czy przyszło nam odwiedzać stare
drewniane cerkwie, czy też były to bogato zdobione świątynie ze
złotymi kopułami, za każdym razem nie potrafiliśmy oprzeć się
urokowi tych perełek architektury sakralnej. Również mieszkańcy
wschodniej Polski wywarli na nas wielce pozytywne wrażenie. Okazali
się bardzo sympatycznymi, serdecznymi i pomocnymi ludźmi, którzy z
dużą ciekawością podchodzili do naszej rowerowej eskapady.
Praktycznie zawsze, gdy zatrzymywaliśmy się na drobne zakupy
znalazła się jakaś osoba skora do rozmowy i zawsze były to
dialogi prowadzone w sposób wesoły i żywiołowy.
Historia przeplatana egzotyką
Ta „egzotyczność” wschodniej
Polski sprawiła, że każde odwiedzane miejsce było dla nas czymś
bardzo ciekawym. Jeśli miałbym jednak się pokusić o wymienienie
tych najbardziej interesujących, wspomniałbym przede wszystkim o
Świętej Górze Grabarce, która jest sercem polskiego prawosławia.
Na jej szczycie znajduje się cerkiew, kapliczki oraz tysiące
drewnianych krzyży prawosławnych stanowiących swoisty „las
krzyży”, coś niesamowitego. Innym osobliwym miejscem, które
poznaliśmy były Kruszyniany, tatarska osada, w której do dzisiaj
mieszkają potomkowie Tatarów walczących u boku polskiej armii
dowodzonej przez Jana III Sobieskiego w czasie wojny z Turkami. W
tej wiosce znajduje się cmentarz tatarski i drewniany meczet. Na
wschodzie kraju odwiedziliśmy też miejsca martyrologii w Bełżcu i
Sobiborze, gdzie w czasie II Wojny Światowej usytuowane były obozy
zagłady - dziś są to bolesne pamiątki przeszłości. Pisząc o
szczególnie ciekawych miejscach wschodniej Polski nie sposób
pominąć Puszczę Białowieską. Pokonanie na rowerach puszczańskich
duktów, bliskość dziewiczej, nieskazitelnej przyrody, zapach
prastarych drzew, a także możliwość obserwacji z bliska
wspaniałych zwierząt jakimi są żubry, były dla nas czymś
znakomitym. Ostatnim z miejsc odwiedzonych na wschodzie, które warto
szczególnie wyróżnić jest dwór w Romanowie, gdzie tworzył i
spędził młodość jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy Józef
Ignacy Kraszewski. W tamtejszym dworku mieści się jego muzeum, po
którym oprowadziła nas pani kustosz. Dzięki jej barwnym i
pasjonującym opowieściom wizyta w Romanowie jest dla nas przemiłym
wspomnieniem.
Jazda drogami biegnącymi wzdłuż
wschodniej granicy pozwoliła nam także odetchnąć i zregenerować
mocno nadszarpnięte podczas pokonywania gór siły. Płaski teren i
sprzyjająca pogoda sprawiły, że z powodzeniem udawało nam się
przez siedem kolejnych dni przejeżdżać odcinki dzienne
przekraczające 150 kilometrów. W ciągu pierwszego tygodnia po
wyjeździe z gór przemierzyliśmy aż 1060 kilometrów.
Przyspieszyliśmy i mocno posunęliśmy się naprzód.
Warmia, Mazury i wybrzeże Bałtyku
Dwudziestego dnia wyprawy poranek
przywitał nas nad jeziorem Wigry. Następnie, po przemierzeniu
Suwalszczyzny i dotarciu na północno-wschodnie rubieże naszego
kraju, znaleźliśmy się w miejscu gdzie spotykają się granice
trzech państw: Litwy, Polski i Rosji. Dokładnie w tym miejscu
zakończył się wschodni etap naszej wyprawy, w nogach mieliśmy już
ponad 2500 km pokonanego dystansu. Nadszedł czas na poznawanie
uroków Warmii, Mazur i Pomorza.
Od momentu, w którym opuściliśmy
wschodnią granicę Polski na naszej trasie przestały pojawiać się
drewniane cerkwie, a zostały one zastąpione przez gotyckie budowle.
Monumentalne katedry, kościoły i zamki zachwycały nas swą
architekturą. Wśród najwspanialszych budowli jakie przyszło nam
podziwiać na północnym etapie podróży znalazły się: zamek
krzyżacki w Malborku, zamek w Reszlu, zamek w Lidzbarku Warmińskim,
katedra we Fromborku, katedra w Kamieniu Pomorskim oraz Bazylika
Mariacka w Gdańsku. Poza obiektami gotyckimi na trasie trafiały się
także inne perełki architektury, takie jak zabytkowe wiadukty
kolejowe w miejscowości Stańczyki, czy chociażby latarnie morskie.
Innymi bardzo interesującymi miejscami, które mieliśmy okazję
bliżej poznać na tym etapie, są: muzeum obozu koncentracyjnego „KL
Stutthof” w Sztutowie, Muzeum Wsi Słowińskiej - skansen w
Klukach, a także Elbląg, Kołobrzeg i Trójmiasto. To tylko część
ciekawych miejsc, które odwiedziliśmy.
Dwudziestego drugiego dnia wyprawy
zawitaliśmy w Elblągu, w którym zostaliśmy wspaniale ugoszczeni
przez miejscowych rowerzystów. Dzięki pomocy Darka Korsaka, jego
przesympatycznej żony oraz ich elbląskich kolegów mogliśmy poznać
atrakcje Elbląga i jego okolice, przy okazji odwiedzając najniżej
położony punkt Polski - depresję w Raczkach Elbląskich (1,8 m
p.p.m.). Serdeczność elblążan nie znała granic, towarzyszyli nam
na trasie przez dwa dni, nakarmili i napoili nas do syta, a także
pozwolili nam wypocząć w swoich progach. Po tej niezapomnianej
wizycie w Elblągu nadszedł czas na odwiedzenie Trójmiasta, po
którym naszym przewodnikiem był Tomek Bagrowski, znany rowerzysta z
Gdańska. Dzięki niemu sprawnie przemieszczaliśmy się w
trójmiejskiej aglomeracji poznając zarazem najciekawsze jej zakątki
z sopockim molem na czele.
Na dwóch kółkach przez nadmorskie kurorty
Nadszedł dwudziesty piąty dzień
wyprawy. Zapamiętaliśmy go jako ten, w którym żar lał się z
nieba niemiłosiernie, było ciężko. W tym dniu zdarzyła się
także nieprzyjemna sytuacja, doszło do wypadku. Na jednym ze
zjazdów w rowerze rozpędzonej Asi zawiodły hamulce... Szczęście
w nieszczęściu, że udało uniknąć się zderzenia z jadącymi
samochodami i skończyło się tylko na obtarciach po awaryjnym
hamowaniu w przydrożnych krzakach. Najedliśmy się jednak strachu.
Ta mrożąca krew w żyłach sytuacja sprawiła, że tego dnia już
nic nam nie wychodziło, dokonaliśmy nawet niemożliwego czyli...
zabłądziliśmy na drodze wojewódzkiej. Dziś jednak wiemy, że
taki dzień musiał się przytrafić na naszej wyprawie, bo wszystko
wyglądałoby zbyt pięknie gdybyśmy mówili, że każdego dnia
wyprawy wszystko szło nam jak z płatka.
Po feralnych wydarzeniach z
dwudziestego piątego dnia wszystko znów wróciło do normy. Jazda
szła bardzo sprawnie. Dołączali do nas znajomi, dzięki którym
nasze morale znacznie wzrosły. W jeździe pomagało nam towarzystwo
Moniki Kosmali (była z nami na początku wyprawy i dołączyła
także na pięć ostatnich dni), Sebastiana Jeżewskiego z Trzemeszna
(dzień wcześniej pokonał trzysta kilometrów, by spotkać się z
nami), Jurka z Kołobrzegu (dzięki niemu poznaliśmy najciekawsze
zakątki Kołobrzegu) oraz Leona Noconia z Paniówek (jeden dzień
swojego nadmorskiego urlopu przeznaczył na jazdę z nami).
Przejeżdżając tak dużą ekipą przez morskie kurorty wzbudzaliśmy
spore zainteresowanie plażowiczów. Co więcej, jeszcze tego samego
dnia skład ekipy powiększył się o trzy osoby. Stało się tak
dzięki moim rodzicom, którzy korzystając z wolnego weekendu
przyjechali nad morze samochodem, by móc wspólnie z nami przejechać
część wyprawy. Towarzyszył im pan Zygmunt - przyjaciel rodziny.
Zrobili nam w ten sposób ogromną niespodziankę. Razem z nimi
dojechaliśmy do Dziwnowa, w którym oddaliśmy się beztroskiej
uczcie w tawernie...
W stronę domu
Wreszcie nadszedł ten moment, gdy
kilometry dzielące nas od domu zaczęły topnieć w zawrotnym
tempie. Gdy wyjeżdżaliśmy z Dziwnowa rankiem dwudziestego siódmego
dnia podróży, do celu zostało nam już tylko 480 kilometrów.
Powoli zaczęliśmy żegnać się z morzem, chwilę spędziliśmy w
Wolińskim Parku Narodowym i dotarliśmy do Międzyzdrojów, gdzie
nasze szeregi zasilił Jurek Hille z Buku oraz Błażej Łyjak z
Wrocławia (Błażej jest twórcą serwisu społeczności rowerowej
bikestats.pl). Wspólnie z nimi, a także z Moniką, przyszło nam
jechać do samej mety naszej wyprawy - te końcowe kilometry były
czystą sielanką, to była rowerowa przyjemność w najdoskonalszej
postaci. Wtedy mieliśmy już świadomość, że wyprawa zakończy
się pełnym powodzeniem. Pogoda dopisywała, kondycja i humory też
- mogliśmy z uśmiechami na twarzy pedałować w stronę domu.
Te ostatnie cztery dni jazdy zostały
nam jeszcze dodatkowo umilone przez Milenkę i Bartka, którzy
wspaniale nas ugościli w swoim szczecińskim mieszkaniu. Po noclegu
w Szczecinie, pełni wigoru zaczęliśmy poruszać się wzdłuż
zachodniej granicy kraju. Odwiedziliśmy wiele osobliwych miejsc,
takich jak: Kłopot - znany jako „Bociania Wioska”, Cedynia -
miejsce słynnej bitwy z 972 roku, Czelin - miejsce, w którym
postawiono pierwszy słup graniczny na Odrze w 1945 roku, Siekierki -
w ich bliskim sąsiedztwie jest cmentarz żołnierzy 1 Armii Wojska
Polskiego, Osinów Dolny - najdalej na zachód wysunięty punkt
Polski, Brody - znajduje się tam okazały pałac Brühla.
Dzień trzydziesty wielkiej przygody
był ostatnim dniem wyprawy. Rozpoczęliśmy go porankiem nad Odrą,
przez którą przeprawiliśmy się promem w Połęcku. Byliśmy
bardzo szczęśliwi. Nasza życiowa przygoda dobiegała końca, nasze
marzenie było już bliskie pełnej realizacji. W ostatnich chwilach
na trasie wyprawy towarzyszyli nam rodzice, była też pani Danusia,
pani Ania i pan Zygmunt (przez cały miesiąc mocno nas dopingowali)
oraz nasz przyjaciel Darek Kawecki, który wraz z Moniką pomagał
nam bardzo w czasie wyprawy prowadząc relację na stronie
internetowej. W tak wspaniałym towarzystwie przyszło nam świętować
nasz sukces. O godzinie 15:00, 11. sierpnia 2009 roku naszym oczom
ukazała się upragniona tabliczka z napisem Jasień. Wjechaliśmy na
ulice mojego rodzinnego miasta. Zostaliśmy wspaniale przywitani
przez pracowników Urzędu Miasta, którzy bardzo docenili naszą
wyprawę - sprawili nam tym sporą radość. Kilka chwil spędziliśmy
opowiadając na gorąco o wrażeniach z wyprawy przedstawicielom
lokalnych mediów. Było bardzo wesoło. Byliśmy już w domu!
Przyjaciele
Nasza wyprawa była dla nas wielkim
przeżyciem. Była tym o czym bardzo marzyliśmy. Kochamy jeździć
na rowerach, kochamy podróżować. To nasza pasja. Najpiękniejsze w
pasji jest to, że można dzielić ją z innymi. Ta wyprawa, te
trzydzieści dni na trasie, były dla nas cudownym doświadczeniem.
To co przeżyliśmy w czasie pokonywania na rowerach niemal czterech
tysięcy kilometrów wzdłuż granic Polski, przeszło nasze
najśmielsze oczekiwania. To, że każdego dnia wyprawy mogliśmy
jechać z radością i uśmiechami na twarzy; to, że każdy pokonany
kilometr dawał nam satysfakcję i sprawiał przyjemność; to, że
nasze marzenie mogło się spełnić, to zasługa naszych Przyjaciół
i Rodziny! Bez tych osób które pokonywały z nami wspólnie
kilometry, które nas wspierały na trasie i poza nią, które nas
motywowały, służyły pomocą, które przekazywały nam swoje
pomysły i humor... bez tych osób ta wyprawa nie byłaby taka sama.
Za każdym razem, gdy wspominamy naszą wyprawę, w pierwszej
kolejności przychodzą nam na myśl ludzie. Ludzie, dzięki którym
przez trzydzieści dni mogliśmy czuć się najszczęśliwszymi
podróżnikami na świecie. Dziękujemy Wam za to!
Tekst i zdjęcia: Piotr Stokłosa
Portal Sportowystyl.com.pl był
patronem medialnym tej wyprawy. Uczestnikom gratulujemy sukcesu!
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 |
||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
|
|









Dodaj pierwszy komentarz







