Kończy się sezon windsurfingowy.
Niektórzy z nas pływali w tym roku 3 godzinki, inni 2 tygodnie, a
jeszcze inni szczęśliwcy moczyli się w wodzie kilka miesięcy.
Teraz pora odstawić deski do pokrowców, czy zacząć reperować
ewentualne straty w żaglach. Bazy windsurfingowe pozbywają się
rentalowych desek, robiąc miejsce na modele przyszłoroczne. Coraz
mniej ludzi w bazach, coraz więcej „wolnego” sprzętu na
stojakach..
Jak trzytygodniowy pobyt wydłużyć
sobie do pół roku
 Moja przygoda z życiem w bazie
windsurfingowej zaczęła się w 2006 roku, kiedy razem z kolegą po
5 dniach tułaczki dotarłem na grecką wyspę Kos, do bazy
windsurfingowej Big Blue Surf Center, na przylądku Psalidi. Plan
zakładał trzytygodniowy pobyt w celu przygotowania spotu przed
sezonem. Plan dnia został zagospodarowany na malowanie desek i
chatek na żagle, przygotowywanie sprzętu oraz budowę surfbaru.
Trzy godziny przed odpłynięciem promu na Rodos (skąd miałem
samolot do Polski) zaproponowano mi abym został dłużej. I
zostałem… 6 miesięcy! Od tamtej pory odwiedzam Kos co roku.
"Pływamy do bojki" i to
non stop
 Każda porządna baza windsurfingowa
stara się dbać o bezpieczeństwo swoich gości. Tak jest i w
przypadku Big Blue. Spot mieści się w cieśninie odgradzającej
Azję od Europy. Natężenie przepływających statków i kursowych
promów jest dość spore. Ale jest umowa: trzymają się z dala od
brzegu, a my pływamy do boi (dobry kawałek od brzegu). Na wodzie
cały czas kursuje motorowa łódź pontonowa. Ktokolwiek miałby
jakiekolwiek problemy (czy to nawalił sprzęt, czy wywiało nas za
boję) – machamy, i już czerwona „taksówka” jest przy nas.
Ale co jeśli 10 gości postanowiło popływać trochę dalej, i
nagle coś się dzieje, a na kursie ma nas akurat mknący pasażerski
katamaran? Facet na rescue-boat’cie musi się nie lada napocić,
aby na czas pomóc wszystkim. I chyba przez to że oficjalnie nie
można nikomu zakazać pływania nawet 5 km od brzegu, wielu
zapaleńców za punkt honoru stawia sobie ślizganie się daleko za
boją, co czasami wymusza kursowanie motorówką niemal non stop.
Wie groß
ist ein Segel?
 Skakanie motorówką po falach to nie
wszystko. Na każdego spadnie czasem obowiązek pracy przy żaglach.
Siedzi się wtedy w okolicach szałasów z całym wachlarzem gotowych
do użycia pędników. Naszym zadaniem jest wtedy między innymi
doradzanie klientom, jaki żagiel będzie najlepszy na obecne warunki
wiatrowe. Niektórym nie wystarcza spojrzenie na ogromną pustkę
między żaglami o rozmiarach 4.7 a 5.2, co świadczy o aktualnym
popycie na ta wielkość, i wciąż z uporem maniaka pytają, jaki
zestaw jest najodpowiedniejszy! Inne, mniej pasjonujące zajęcia, to
podciąganie wszelakich linek, fałów, obniżanie bomów, zwykła
pomoc przy odstawieniu żagla na miejsce ,a czasem smarowanie
olejkiem do opalania damskich pleców.
Deska sama nie wróci na miejsce
 Innym, mniej pasjonującym zajęciem
jest praca tzw. beach boy’a. Istnieje zasada, że jeśli
skończyliśmy pływać, albo robimy sobie dłuższą przerwę, to
żagiel należy zostawić w cieniu albo powiesić na haku w szałasie,
a deskę odstawić na stojak w wypożyczalni. Ale niektórzy wychodzą
z założenia - „apłaciłem – nosić nie będę”. Na szczęście
zdarza się to sporadycznie. W takich wypadkach trzeba uprzątnąć
plażę z nieużywanego sprzętu. Często zdarza się, że użytkownik
jakiegoś zestawu prowadzi właśnie zaciekłą dyskusję z innymi
gośćmi na temat jego szeroko pojętych wyczynów na wodzie, a w tym
czasie deska spokojnie „wygrzewa” się na słońcu. Wraca wtedy
po godzinie i z zaskoczeniem okazuje się ze jego deska spokojne
czaka na stojaku, a żagiel od jakiegoś czasu wisi w szałasie.
Czyli beach boy wykonał swoją działkę na 5+!
„Addicted to ride”
 Tak brzmi hasło reklamowe jednej z
renomowanych firm produkującej deski! I coś w tym jest! Bo kto
zatrudnia się w bazie windsurfingowej (oprócz mnie, który znalazł
się tam w pierwszym sezonie z przypadku)? Oczywiście że surferzy!
Praca w mojej bazie to 8 godzin ciężkiej harówki, ale w ten czas
wliczona jest także jedna godzina na pływanie! Do dyspozycji są
wszystkie wolne topowe deski, i wszystkie wolne żagle. A pole do
popisu jest dość spore! Pływać można także przed pracą, jak i
po jej zamknięciu, kiedy mamy dla siebie około 2 godzin zabawy na
falach, przy dość silnym wietrze. Wtedy cała załoga stawia się
praktycznie w komplecie i zaczynają się wieczorne sesje,
ograniczone tylko akwenem wodnym, aż po samą Turcję! Szał!
Praca to czy wakacje?
 Można by rzecz, że to raj. Z jednej
strony, życie na plaży, windsurfing, ciepłe morze, beachbar w
rytmie reggae i dziewczyny w bikini. Patrząc z drugiej strony to
jednak wciąż praca i jeśli tylko jest ruch na nudę nie można
narzekać. Często patrzy się z rozczuleniem na śmigające żagielki
między falami, kiedy my akurat musimy rozwiązywać tysiąc innych
problemów. Za długie linki trapezowe, podanie nowego żagla, czy
zaniesienie komuś deski – czasem trzeba wykonać kilka czynności
naraz. Póki jesteśmy w pracy nie można też wsadzić stóp w
footstrapy i poszaleć na lazurowej wodzie, a pokusa pojawia się
niemal każdego dnia. Ale czy jest jakaś inna praca, która daje
możliwość korzystania z najnowszego sprzętu i ciągłego kontaktu
z ludźmi, którzy tak jak my, mają hopla na punkcie windsurfingu?
Lans, lans i jeszcze raz lans…
 Pływanie na desce i wszelkie inne
siostrzane sporty zyskują ostatnimi latami na atrakcyjności. Pływać
na desce można właściwie wszędzie, gdzie jest woda i wieje wiatr.
Nie trzeba jechać do Grecji, Egiptu czy na Hawaje. Po tegorocznym
powrocie z wyspy Kos wciąż odczuwałem niedosyt windsurfingu.
Pomyślałem więc o wizycie w jednej z naszych baz w Chałupach. Ale
toc co tam zobaczyłem powodowało na przemian śmiech i zażenowanie.
Nie mam na myśli wiatru, sprzętu czy samych spotów. Raczej cały
ten światek młodych, pięknych chłopców i pięknych dziewczynek.
Siedzących na plaży w ciuchy renomowanych firm, koniecznie w
czapkach zimowych na głowie. W cenie są też kosmyki włosów,
asymetrycznych fryzur, wychodzących spod kolorowych ometkowanych
czapeczek.... no i oczywiście modne okulary na nosie, a la kierowcy
PKSów z lat 70tych. To, że większość z nich miała słuchawki
iPodów w uszach, już nie robiło na mnie takiego wrażenia. Ci
spośród surferów, którzy zdecydowali się podjąć tak radykalne
kroki i wejść do wody (bo w końcu przyjechali popływać na desce)
ubrani byli w pianki. Nic dziwnego, bo woda chłodna. No ale po co
nosić surf-szorty na wierzchu? Po co wkładać na neopreny koszulki
z ogromnym logo modnej firmy? Czy wtedy lepiej się pływa, czy może
lepiej przynależy się do społeczności windsurferów? Tylko w
sporadycznych przypadkach cena ciuchów szła w parze z
prezentowanymi przez surfera umiejętnościami. Śmieszne to trochę.
Surf or go home
 Zdecydowanie wolę atmosferę w
„swojej” bazie. Tam nikt nie szpanuje, bo nie ma przed kim. Albo
się pływa, albo się idzie do domu. Szkoda czasu na przesiadywanie
na plaży i gadanie w zasadzie o niczym. No chyba że przy piwku
wieczorem. W gruncie rzeczy, jeśli dysponuję się wolnym czasem w
okresie wakacyjnym, to załatwienie takiej pracy nie jest sprawą
ciężką. Wiele baz windsurfingowych, co roku poszukuje chętnych
zapaleńców do pomocy w prowadzeniu spotu. Wystarczy dobrze poszukać
w Internecie, wysłać maila ze swoim CV… i sezon letni możemy
spędzić na plaży, a w dodatku jeszcze nam za to zapłacą.
Tekst: Michał Jasieński
Zdjęcia: arch. autora
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Proszę zaloguj się lub zarejestruj. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |